Dziś chcę iść nieco pod prąd. Jest mnóstwo mitów w modzie męskiej, które są ciągle powtarzane, ale nie mają potwierdzenia w praktyce. Są to przestarzałe zasady wyciągnięte z jednego podręcznika i kopiowane od wielu lat. Mity te mogą dotyczyć wielu zagadnień: łączenia wzorów, tkanin, jakości produktów danych marek itd. Dziś przedstawiam pierwszą część mitów, w które spora część amatorów mody wierzy, szczególnie żółtodzioby, które bezkrytycznie wszystko łykają. Ale spokojnie, z czasem i oni się wyrobią i poznają, że w praktyce różnie to bywa z mito-zasadami. Oczywiście zaznaczam, że sam nie zjadłem wszystkich światłych rozumów i nie kreuję się na wszystkowiedzącego, dlatego jeśli macie jakieś uwagi, to zapraszam do komentowania w kulturalny sposób. Wszystko jest efektem moich własnych doświadczeń.

1) “Fuuuj, ta marynarka ma dodatek poliestru!”

Poliester traktujemy jako zło. Jednoznacznie kojarzy się opinii publicznej z dresikowym materiałem. Biję się w pierś. Też przez długi czas omijałem syntetyczny skład w marynarkach. Z czasem jednak przekonałem się, że dodatek poliestrowy nie jest taki zły jak go malują. Patrz przykład mojej ulubionej marki L.B.M. 1911. Duża część kolekcji ma dodatek poliestru czy nylonu. Jak wspominałem w ostatnim poście stosowanie takich syntetycznych dodatków ma swoje uzasadnienie – marynarki L.B.M 1911 są poddawane specjalnym zabiegom prania i barwienia, by uzyskać efekt vintage. Poliester czy poliamid (nylon) są używane do wzmocnienia tkaniny podczas tych procesów (poliester charakteryzuje się dużą wytrzymałością, a nylon jako włókno poliamidowe łatwo się zabarwia). Sama wełna potraktowana w ten sposób nie przetrwałaby takich zabiegów lub szybko by się zeszmaciła w użyciu.

Dlatego zawsze warto zapytać samego siebie, czy zastosowanie danej ilości dodatku syntetycznego i zażądanie danej ceny są zbieżne, czyt. opłacalne i do przełknięcia. Trochę wiedzy z zakresu materiałoznawstwa odzieżowego nie zaszkodzi nikomu.

Ps. Oczywiście nie oznacza to, że akceptuję marynarki z 100% poliestru w cenie 600zł lub więcej. To oczywiście przesada, ale 30 – 40 % dodatek włókien syntetycznych jest dla mnie do zaakceptowania. Jeżeli chodzi o moje własne doświadczenia, taki dodatek (jeśli reszta to włókna naturalne) nie wpływa w sposób krytyczny na noszenie marynarki, szczególnie w okresie jesienno – zimowym. A być może nie jestem tkaninowym fanatykiem.

dsc06927Wnętrze jednego z pomieszczeń w fabryce Lubiam. Fot. archiwum prywatne

 

2) “Widzę, że ta marynarka ma atrapy, a nie dziurki. Musi być słaba jakościowo”

Klienci naczytali się różnych wpisów blogowych na tematy garniturowo – marynarkowe. Jak kupić dobry garnitur, po czym poznać dobrą marynarkę, jak powinna ona leżeć. I chwała wszystkim autorom za te porady; problem w tym, że czytelnicy często traktują każde zdanie jako prawdę objawioną i nie podchodzą do tekstu z dystansem. Zdarzają się bowiem zdania, które nie mają pokrycia w rzeczywistości.

Powyższe pogrubione zdanie, to nie mój wymysł, ale zasłyszana opinia. Gdzieś można było przeczytać, że rozcięte guziki przy rękawach marynarki świadczą o lepszej jakości marynarki – bo kiedyś m.in. po tym detalu można było poznać, że garnitur jest szyty na miarę. Inni zaś twierdzą, że to efekt angielskiej szkoły, bo otwarte dziurki pomagały podwinąć rękawy marynarki podczas mycia rąk, a wiadomo, że angielski dżentelmen bardziej dba o swoje rękawy niż o zadowolenie swojej partnerki 😉   Nie  w tym rzecz jednak.
Obecnie co druga marynarka  z wieszaka ma otwarte dziurki, które świadczą o niczym, a jedynie utrudniają skrócenie rękawów.

Podobnie ma się sprawa z cechami koszuli dobrej jakości. Na licznych blogach można znaleźć poradniki pomagające w odróżnieniu koszuli dobrej od kiepskiej. Blogerzy i autorzy portalowych tekstów często poruszają kwestię dzielonego karczku, wyjmowanych fiszbinów, metod wszycia guzików.

Problem w tym, że gubimy się w detalach,które uznajemy za sprawę życia i śmierci, a zapominamy o podstawie – tkaninie przyjemnej, trwałej i łatwej do prasowania. Miałem w swojej szafie koszule od rzymskiej firmy Battistoni, szwedzkiej Stenstroms, neapolitańskiej Kiton, i tak jak koszule Battistoni i dwie Kitona były nie do wyprasowania ( i tym samym do noszenia), tak Stenstroms i większość koszul z H&M i Mango sprawdzają się doskonale od 4 sezonów. Nic więc po “sartorialnych” detalach, jeśli koszula jest niepraktyczna, czyt. nie do wyprasowania…

Nie ma sensu skupiać się w pierwszej kolejności na detalach, ale na podstawach, bo co nam po ładnej rzeczy, które będzie kurzyła się w szafie. Najpierw priorytety.

Wizyta w fabryce Tombolini. Fot. Archiwum prywatne

Wizyta w fabryce Tombolini. Fot. Archiwum prywatne

 

3)”Wszyscy Włosi zawsze potrafią dobrze się ubrać”

To chyba największy mit krążący wokół włoskiej mody. Włoch automatycznie oznacza osobę potrafiącą doskonale zadbać o swój wygląd. Na pierwszy rzut oka opinia taka ma swoje uzasadnienie. Włochy dały modzie największą ilość projektantów, których nazwiska kojarzą nawet ludzie będący zainteresowaniami daleko od mody. Znane jest też kulturowe pojęcie “fare la bella figura”, które odnosi się do jak najlepszego dopasowania się do społeczeństwa, wykorzystując do tego również swój ubiór. Oczywiście dochodzi do tego życie wokół historii, zabytków, dzieł najwybitniejszych artystów renesansu. Wszystko to ma oczywisty wpływ na poczucie smaku tej nacji.

Problem w tym, że to w dużej mierze tylko teoria i zdania, które pięknie brzmią na papierze. Przejdźmy się włoskimi ulicami (darujmy sobie okolice modnych butików w Mediolanie czy Rzymie, bo i tak najczęściej zakupy robią tam obcokrajowcy – Szwedzi, Norwedzy, Rosjanie, Azjaci, przybysze z krajów arabskich). Przyjrzymy się zwykłym mieszkańcom, takim jak ja czy ty. Nie ma tutaj cudownych stylizacji rodem z Pitti Uomo, nie ma tutaj kolejki pełnej jowialnych panów czekających na przymiarkę swojego garnituru u zaprzyjaźnionego krawca. Jest polska ulica. No wyjątkiem może być grupa, która wymieniłem tutaj.

 

4) “Proszę Pana, to nie żadne Made in China, ale Made in Italy. To najwyższa jakość!”

 

Duża liczba osób jest przewrażliwiona na punkcie miejsca produkcji odzieży. Reagują alergicznie na  metki “Made in China”, “Made in Romania” itd. Tymczasem produkcja w tych krajach nie oznacza automatycznie gorszej jakości, ale jest raczej biznesowym sprytem.

Ci sami ludzie są gotowi wybudować ołtarzyk każdej rzeczy z metką “Made in Italy”. Wiele firm próbuje na siłę wmówić klientom, że włoska produkcja oznacza najwyższą jakość i wykorzystuje to poprzez oferowanie zwykłego produktu w zawrotnej cenie tylko z powodu etykiety “Made in Italy”. Cwaniactwo te często się opłaca – dla ludzi bowiem włoska produkcja cały czas kojarzy się znacznie lepiej niż wykonanie chińskie. Włoskie produkty utożsamiane są  przecież z najwyższą jakością, specjalistyczną wiedzą, elegancją i ręcznym wykończeniem. Dla samych Włochów są powodem do dumy.

Największe przekręty miały do tej pory miejsce w sektorze spożywczym. Parę lat temu głośno było o produktach z metką Made in Italy, które jednak tyle miały z Włochami wspólnego, że zostały do nich sprowadzane z innych krajów. I tak przykładowo sprowadzano polskie i litewskie mleko i pakowano je we Włoszech z metką “Made in Italy”. To samo z niemiecką mozzarellą czy brazylijskimi pomarańczami.

Duża wina leży w przepisach. W jednych krajach produkcja od samego początku do końca musi być w danym kraju, by móc zasłużyć sobie na etykietę najwyższej jakości “Made in …”, ale są to sporadyczne przypadki. Dominuje świadoma luka w przepisach, która ułatwia prowadzenie biznesu. Jest część firm, która transparentnie deklaruje wykonanie 100% Made in Italy, jest grupa firm, która gwarantuje te wykonanie jedynie w przypadku najbardziej luksusowych linii. Jeszcze inna grupa wybiera strategię totalnego milczenia na temat miejsc produkcji swoich rzeczy.

Oszustwa i luki w przepisach to jedna strona medalu. Drugą jest wykorzystanie siły Made in Italy, by faktycznie produkować rzeczy we Włoszech, ale będące totalnymi bublami. Próby podpięcia się pod włoskie dziedzictwo i tradycję są codzienną biznesową praktyką.