Najnowsza wersja utworu Eda Sheerana „Perfect Symphony” nagrana we współpracy z Andreą Boccellim jest świetnym podkładem pod pisanie tego tekstu. Co roku mam jakiś włoski cel, ale w tym chcę po prostu odwiedzić Rrzym i powłóczyć się po jego uliczkach, by nabrać inspiracji do mojego największego włoskiego marzenia, o którym opowiem Wam niedługo.

Rzym kocham. Nie jest to jednak uczucie dojrzałe i przemyślane, bo bardzo jednostronne. To sentyment turysty, nieco bardziej świadomego, ale jednak turysty. Uczucie okazjonalne, które daje o sobie znać prawie każdego roku, ale nigdy nie będzie powodem do stworzenia stałego związku. Nie zamierzam bowiem zamieszkać na stałe w Rzymie. Nie chodzi tylko o względy ekonomiczne, ale przede wszystkim o niechęć do skażenia swojego sentymentu, jaki mam o tym mieście. Rzym może być dla mnie drugim domem, ale takim, do którego wracam raz, dwa razy do roku na kilka dni. Taka niezobowiązująca znajomość.
Im częściej gdzieś przebywamy, tym bardziej się do tego miejsca przyzwyczajamy i oprócz oczywistych korzyści zaczynamy dostrzegać również wady. Nie wyobrażam sobie, bym mógł psioczyć na rzymskie korki i dziurawe drogi, a śpiesząc się do pracy, nie zadrzeć głowy do góry, by z podziwiem spoglądać na monumentalność i powagę Ołtarza Ojczyzny.

Lubię Rzym typowy. Rzym starożytnych ruin, niezwykłych kościołów, monumentalnych placów. Lubię patrzeć na Rzym jako miejsce walki pomiędzy Gian Lorenzo Berninim a Francesco Borrominim, lubię patrzeć na Wieczne Miasto okiem Michała Anioła czy potężnych arystokratycznych rodzin, które przez wieki rządziły miastem i okolicami. Być może właśnie dlatego właściwie nie mam zdjęć z Rzymu. Wolę chłonąć to miejsce, by jak najwięcej zapisało się w mojej pamięci. Dlatego jeżeli jesteś pierwszy raz w Rzymie, to nie kombinuj. Idź przetartymi szlakami, zaliczaj kolejne klasyki, ale nie śpiesz się. Pierwszy raz  nigdy nie jest najlepszy, ale może zaważyć o tym, czy będziemy chcieli kontynuować znajomość. Dlatego celem pierwszej wizyty w Rzymie powinno być nic więcej, jak nabranie ochoty na powrót. Powrót bardziej dojrzalszy, głębszy i świadomy.

Ignoranctwo nie jest wcale złą rzeczą. Idź tam, gdzie wszyscy. Podążaj za tłumem. Rób zdjęcie za zdjęciem. Po powrocie do domu przejrzyj je jeszcze raz, aż wyczujesz gdzieś tam w środku rodzące się uczucie, że nie wykorzystałeś szansy; że nie widziałeś wszystkiego. Sięgnij po dokumenty, których multum na Youtubie. Kup lub wypożycz wartościowe książki. Pięlegnuj w sobie sentyment za Rzymem, bo ten odpłaci Ci się całym swoim dobrem podczas następnej wizyty.
Pamiętam, że gdy tylko wróciłem z Erasmusa, to wykorzystałem szansę, że w naszych kinach można było zobaczyć „Wielkie Piękno” Paolo Sorrentino. Zobaczyłem ten film z rozszerzonymi źrenicami, a w ciągu kolejnego miesiąca „replay” wcisnąłem z dobre siedem razy. Przeczytałem „Rzymską komedię” Jarosława Mikołajewskiego i już wiedziałem, że za parę miesięcy wsiądę w samolot i znowu polecę do Rzymu.

Z Rzymem wiążą się pewne historie, o których chciałbym Wam dziś opowiedzieć. Od paru lat staram się być w Wiecznym Mieście co roku, ale nie zawsze się to udaje. Jednak gdy tylko wsiądę w samolot do lotniska Ciampino to wiem, że jedna noc będzie przeznaczona na samotną wędrówkę po historycznym centrym Rzymu. To jest mój rytuał, który regularnie odbywam. I właśnie wtedy zdarzyły się ciekawe historie.

Podczas jednego z takich wypadów siedziałem sobie ok. godz. 2.30 w nocy w jednym z 24h barów na Piazza Venezia (Bar Brasile) , gdzie siorbałem ohydne zimne piwo za 8 euro! Przede mną dumnie stał Altare della Patria, który dzięki odpowiedniemu oświetleniu nocą wygląda jeszcze bardziej imponująco. Tuż obok mojego stolika carabinieri głośno kłócili się ze śmieciarzami o wyniki ostatniej kolejki Serie A i kolejną kontrowersyjną ustawę forsowaną przez ówczesny włoski rząd. Powoli zaczęła gromadzić się zmordowana młodzież, która wracała z pobliskich imprez. Jeszcze zanim wślizgną się pod kołdrę, nie mogą odmówić sobie jednej z ostatnich przyjemności tej nocy, czyli filiżanki espresso, które chociaż na chwilę rozgrzeje ich żołądki szykujące się do porannej rewolucji. Obserwowałem sobie to całe towarzystwo w dużym spokoju i prawdopodobnie spędziłbym tak kolejną godzinę, gdyby nie pewien kloszard, który wychylił się zza pobliskiego rogu. Pewnym krokiem skierował się w moją stronę i zza pazuchy wyjął opalcowany kieliszek do wina. Mamrocząc coś pod nosem podstawił mi go pod nos. Chyba musiałem się skrzywić, bo bez słowa wyjął stęchłą szmatkę z kieszeni i przetarł kieliszek PRAWIE do połysku. Ponowił próbę zdobycia choć kropli drogocennego napoju, więc nie mogłem mu odmówić i bez żalu przelałem do kieliszka połowę mojego piwa. Bezdomny ukłonił się, wyrecytował jakiś wierszyk w rzymskim dialekcie i wrócił do swojego „lokum” za rogiem.

Swoją drogą nie zdziwicie się, jeśli spotkacie kiedyś w Rzymie bezdomnego, który okaże się Polakiem. Jest tu ich bowiem wielu. Kiedyś wrzuciłem jednemu brodaczowi 1 euro, a ten gdy tylko dowiedział się, że jestem Polakiem, powiedział, że lepiej będzie jeśli wrzucę kasę swojemu rodakowi, który leży 50 metrów dalej.

Parę lat później znowu wyruszyłem w samotną nocną eskapadę po Rzymie. Tym razem w głowie miałem ułożony cały plan. Zaczynam ok. 22 na Piazza della Repubblica, tuż obok hotelu, gdzie nocowaliśmy ze znajomymi. Potem zamierzałem iść wzdłuż via Nazionale, by jak zwykle minąć Piazza Venezia i skierować się w kierunku Piazza del Popolo. Po drodze zboczyć trochę i zobaczyć nocną panoramę ze szczytu hiszpańskich schodów. W międzyczasie miałem kupić z 10 hamburgerów w Mc Donaldzie niedaleko Fontana di Trevi (Via delle Muratte. Wiem, zabijcie mnie, ale było to strategiczne wyjście z punktu widzenia ekonomicznego) i wolnym krokiem skierować się ku Zatybrzu, gdzie chciałem zjeść szybką kolację, by następnie wejść na wzgórze Gianicolo i cieszyć się kolejnym niesamowitym widokiem. Nie wiem co mnie podkusiło, by zamiast Via del Corso wybrać Via del Plebiscito…

 

Na Via del Plebiscito było gwarno. Mnóstwo międzynarodowego towarzystwa, śmiechów, przekrzykiwania się w każdym możliwym języku – angielskim, włoskim, hiszpańskim, francuskim… Spojrzałem na zegarek: „Hmmm, dopiero 22.30. Młoda godzina, więc jedno piwo nie zaszkodzi”, pomyślałem. W końcu jestem przed Scholars Lounge Irish Pub. Po wejściu do środka byłem zgubiony. W ciągu 5 minut poznałem dwie Australijki, które wzięły mnie za Włocha… Nie zastanawiąc się dłużej, postanowiłem zagrać w tę grę. Chwilę potem dołączyło do nas dwóch Amerykanów, którzy właśnie zaczęli studia na jednym z rzymskich uniwersytetów w ramach wymiany studenckiej. Dyskusja toczyła się na każdy możliwy temat – Włoch, Rzymu, filmów, a musiała skończyć się oczywiście na polityce i nadchodzących wyborach prezydenckich (rzecz działa się tuż po ogłoszeniu przez Donalda Trumpa swojego startu w wyborach). Około 00.30 lekko się zataczając ruszyliśmy w kierunku Zatybrza. Odprowadziłem chłopaków pod ich mieszkanie, a sam ruszyłem w najlepsze możliwe miejsce, czyli Fontanę di Trevi.

Nie wszyscy są zachwyceni Fontaną di Trevi. Dla niektórych, podobnie jak Koloseum, jest to miejsce przereklamowane. Nie jest tak monumentalne jak na zdjęciach, zawsze pełne turystów i jeszcze bardziej upierdliwych fotografów – amatorów.
Ale na wszystko wpływa pora, o której się podziwia dane miejsca. Nie lubię tłumów, więc wszelkie koncerty na wolnym powietrzu, wyjścia do klubów są dla mnie katorgą, z którą próbuję walczyć, ale nie bardzo mi się udaje. Arcydzieła wolę podziwiać w małym gronie lub samotnie, dlatego najlepszą porą do zachłyśnięcia się pięknem Fontany di Trevi są godziny 02.00 – 04.00 w nocy. Nie ma wtedy nikogo, oprócz nieodłącznej asysty dwóch carabinierich, których pary pilnują każdego najważniejszego zabytku Rzymu 24 godziny na dobę. Usiadłem sobie na jednej z ławeczek i przez godzinę wpatrywałem się jak głupi w Okeanosa i parę trytonów. Czułem się jak dziecko stojące przed wystawą cukierni tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Wszystko było właściwie na wyciągnięcie ręki.

Spojrzałem na zegarek. „Kurczę, dopiero 1.30. Lot powrotny dopiero o 10.32 rano. Pora chyba na Piazza Navona!”. Ruszyłem więc via delle Muratte, gdzie znajdował się Mc Donald, w którym to miałem kupić zapasy na resztę nocy. Niestety, ale był już zamknięty. Tuż obok na pełnych obrotach działała jeszcze restauracja i bar Baccano. O wejściu do środka zdecydował żołądek, a nie głowa. Usiadłem przy barze i zamówiłem małe piwo oraz coś do jedzenia. Tuż obok mnie siedziały dwie Rosjanki. Piękne blondynki wdzięczyły się przed przystojnym barmanem, który zachował pełen profesjonalizm. Długonogie modelki nie zamierzały jednak tak łatwo się poddawać. Usilnie chciały zwrócić na siebie jego uwagę, więc zamawiały u niego kolejne drinki i przystawki. Nie znały jednak ani angielskiego ani włoskiego, więc pozostawał im jedynie język ciała, który opanowały do perfekcji. Prężyły się, malowały, grzebały przy dekolcie. Ich plan spalił na panewce, gdy Włoch, jak gdyby nigdy nic, obrócił się na pięcie i na resztę nocy zniknął za drzwiami kuchni. Tyle stracić…
Zanim jednak się ulotnił, to zdążyłem zamienić z nim krótką rozmowę. W końcu zapytałem się, gdzie możnabyłoby  się zabawić
przez resztę nocy. Bez chwili wahania skierował mnie na Testaccio. Ta nieco zapomniana i odseparowana od turystycznego szlaku dzielnica jest rzymską mekką nocnego życia.

Nieświadomy tego, co mnie czeka skierowałem się do pierwszego lepszego klubu. Jak to zwykle ze mną bywa, skierowałem się w kierunku wodopoju i zamówiłem – ente piwo. Po chwili ktoś zaczął się do mnie dobierać, a ja na wpół przytomny obróciłem się i w sekundę odskoczyłem w bok z przerażenia. Przede mną stała najprawdziwsza drag queen. „Tego jeszcze nie grali”, pomyślałem i w pośpiechu opuściłem lokal, zostawiając na ladzie mój drogocenny napój. Nie miałem odwagi i siły, by ruszyć do innego lokalu, więc nieśpiesznym spacerkiem wróciłem do punktu wyjścia, czyli ścisłego centrum Rzymu. Musiało mi to trochę zająć, bo na zegarku pojawiła się już 4.00.

Do świtu brakowało jeszcze parę godzin, a chciałem go zobaczyć ze wzgórza Gianicolo, więc nie mogłem za bardzo oddalać się od tego miejsca. Wybrałem więc Watykan i Bazylikę św. Piotra. Cały czas było ciemno i pusto na ulicach. Via della Conciliazione zasypana jest śpiącymi w progach bezdomnymi i patrolami carabinierich, ale tej nocy było wyjątkowo spokojnie. Jak zawsze rozdziawiłem usta z wrażenia, stojąc przed monumentalną fasadę najważniejszego kościoła na świecie, po czym ruszyłem w górę Passeggiata del Gianicolo, by finalnie zobaczyć niezwykły spektakl słońca, które wynurzało się zza kolorowych dachów, wież i kopuł Rzymu.
No to jeszcze pora na szybkie śniadanko – filiżankę espresso i cornetto – i można wracać do Polski.

 

W II cz. przedstawię moje ulubione rzymskie miejsca.